|
Wkraczamy w
przestrzeń Wielkiego Piątku, do sali Litostrotos, aby stanąć przed umęczonym
popiersiem Chrystusa z obrazu Adama Chmnielowskiego Ecce Homo. Krwawa plama
czerwieni wydaje się być rzucona w pośpiechu na szare płótno, niczym Espolio
– Obnażenie z szat El Greca. Ale gdy u ekstatycznego mistrza z Toledo
dominuje ekspresja uchwyconego w oka mgnieniu dynamicznego ruchu, na obrazie
Chmielowskiego króluje absolutna cisza i głębokie skupienie ukoronowanego
cierniem Zbawiciela (jakże szczęśliwie dwuznacznie brzmi w tym kontekście
słowo „króluje”). Gdyby po Adamie Chmielowskim pozostał tylko ten jeden
obraz, wystarczyłoby, aby dostrzec w autorze człowieka o nieprzeciętnej
wrażliwości – nie tylko artystycznej.
Chi fa cose di Christo, con Christo
deve stare sempre – kto czyni rzeczy Chrystusa, powinien zawsze być z
Chrystusem – mawiał w XV wieku błogosławiony malarz-zakonnik Fra Angelico,
który został świętym poprzez swoje malarstwo. Adam Chmielowski mógłby się z
pewnością podpisać pod tymi słowami. Dane mu jednak było żyć ponad ponad
cztery wieki później, kiedy sztuka nie była już Bożym rzemiosłem. Był
świadom, że pogodzenie malarstwa i świętości jest dla niego niemożliwe,
toteż porzucił sztukę, aby służyć Chrystusowi jako Brat Albert w założonym
przez siebie zakonie. Pozostawił malowanie obrazów, bowiem najpiękniejszy
obraz Chrystusa dostrzegł w ubogim człowieku. Ten obraz poniżonego
Zbawiciela rzucił go na kolana. Wymowne jest to porównanie dwóch świętych
artystów – jednego, który uświęcił się przez sztukę i drugiego, który
uświęcił się przez jej odrzucenie. To także porównanie dwóch epok i dwóch
etosów sztuki i artysty.
Obraz Ecce Homo, rozpoczęty przez Chmielowskiego w 1879 roku we Lwowie, stał się jego ideowym credo jako
artysty i jako chrześcijanina. Nigdy się z nim nie rozstawał – ani po
wstąpieniu do jezuitów w Starej Wsi, ani na Podolu, ani potem w Krakowie. Z
tym przejmującym płótnem koresponduje fragment modlitwy ułożonej przez
autora, już Brata Alberta:
|
|
|
Królu niebios cierniem ukoronowany,
ubiczowany, w purpurę odziany –
Królu znieważony, opluwany –
Bądź Królem Panem naszym tu i na wieki. Amen.
|
|
|
Jakże
sugestywna jest siła tego wizerunku, do którego artysta wielokrotnie
powracał i którego nigdy nie ukończył. W tle widnieją szkicowo zarysowane
rzymskie kamienne łuki Litostrotos.
A może tych łuków nie było? A może
sąd nad Chrystusem dokonał się – jak w wierszu Brandstaettera – na poddaszu,
w pokoju zawalonym stosami ksiąg?
|
|
|
Tutaj odbył się sąd nad Bogiem.
Działo się to w starej ruderze na poddaszu,
W złotym mieście, położonym na wzgórzach,
Które od niepamiętnych wieków
Było świadkiem krnąbrnych okrzyków ludzi,
Pokłóconych z sumieniem. [...]
Złowiony Bóg nie rzucał się w sieci.
Teraz prowadzili go po skrzypiących schodach,
Z piętra na piętro, przez pokoje zawalone
Stosami ksiąg, maszynopisów i kwitów
Gdzie siedzieli buchalterzy o profilach sępich mędrców,
Mielących człowieka na papierową papkę. [...]
A sądowi pisarze pisali wyrok na pergaminach,
A sekretarz sądu lał wrzący lak na dokumenty,
Który pod dotknięciem pieczęci zastygał
W grudy krwi. Żałobnicy wnieśli
Na złotej tacy
Dokument
I podali go arcykapłanowi,
Który bez namysłu złożył swój podpis pod wyrokiem. [...]
Wówczas arcykapłan podszedł do Młodzieńca
I tłumaczył Mu, że jego powinnością jest umrzeć,
Albowiem kodeks opracowany przez mędrców,
Pracujących w sąsiedniej komnacie,
Głosi,
Że Bóg, który umarł,
Jest tylko popiołem.
Na dowód czego arcykapłan otworzył okno
I pokazał Młodzieńcowi gawiedź,
Która stojąc na podwórzu,
Nieustannie krzyczała:
„Ukrzyżujcie Popiół! Ukrzyżujcie popiół!” [...]
A potem już tylko skrzypiały drewniane schody
Pod bosymi stopami Boga.
(R. Brandstaetter, Wyrok)
|
|
|
Jakże inny
jest Chrystus przed Piłatem na obrazie Jacka Malczewskiego, choć powtarzają
się tutaj te same motywy, co w Ecce Homo – korona z cierni, czerwony
płaszcz, sznur i trzcina. Patrząc na oblicze Jezusa, będące – jak zwykle u
Malczewskiego – ukrytym autoportretem, trudno oprzeć się poczuciu
wystudiowanej reżyserii. Zamierzony przez artystę kontrast między umęczoną
sylwetką Zbawiciela a roznegliżowaną, hedonistyczną i nonszalancką postacią
Piłata, zajętego pielęgnacją swoich paznokci, jest jednak pozorny, bowiem
obie figury łączy wyrafinowany estetyzm. U Piłata wydaje się on całkiem
naturalny, podczas gdy u Chrystusa może razić.
|
|
|
Jest rano. Piłat wchodzi do kąpieli
I z wolna zanurza swe ręce
W wodzie milczenia.
Pachnącym mydłem naciera ciało,
A potem dokładnie myje swoje dłonie,
Myje długie, delikatne palce,
Myje dziesięciu strażników
Imperium.
Pluskają dłonie we wodzie, pluskają,
A woda toczy przeźroczyste koła,
Koła i koła, refleksyjne koła
Dalekich horyzontów.
Ta woda nie wie, że jest wodą dziejów.
(R. Brandstaetter,
Koncert birnamski)
|
|
|
Sąsiedztwo
dwóch obrazów Chrystusa – Brata Alberta i Malczewskiego - uświadamia
odrębność między sztuką sakralną a sztuką religijną. Oba określenia sztuki
bywają często utożsamiane, co prowadzi do nieporozumień. Różnicę pomiędzy
nimi – rzecz dotyczy głównie sztuk plastycznych - można objaśnić odwołując
się do teorii zbiorów. Wyobraźmy sobie dwa przecinające się okręgi. Jeden z
nich wyznacza zakres sztuki religijnej, a drugi sztuki kościelnej. Sztuka
religijna jest to sztuka powstała z inspiracji religijnej, nota bene nie
zawsze łatwej do uchwycenia. Drugi okręg wyznacza zakres sztuki kościelnej.
Jest to sztuka przeznaczona do budynku sakralnego, do mniej lub bardziej
szeroko rozumianego kultu, a zatem podlegająca aprobacie określonych władz
kościelnych. Sztuka sakralna jest częścią wspólną obu okręgów – jest to taka
sztuka, która wyrasta z inspiracji religijnej, a zarazem może być
przeznaczona do budynku sakralnego (dodajmy, że nie każde dzieło sztuki
kościelnej ma charakter sakralny – artystycznie wykonane stalle czy
konfesjonał nie wymagają od twórcy religijnej inspiracji).
Sztuka religijna była na początku
wyłącznie sztuką sakralną, ściśle związaną z kultem i liturgią. Dopiero w
początkach XIX wieku, zwłaszcza pod wpływem romantyzmu, zaczęła coraz
wyraźniej wyodrębniać się sztuka religijna niesakralna, często bardzo
subiektywna, nierzadko zrywająca z dotychczasową tradycją ikonograficzną,
wyrażająca idee, niepokoje lub tęsknoty nieznane sztuce sakralnej, tworzona
z indywidualnej inspiracji dla indywidualnych potrzeb. Bujny rozwój plastyki
religijnej niesakralnej przy jednoczesnym kostnieniu i regresie sztuki
sakralnej jest swoistym signum temporis wieku XIX i początków XX. Towarzyszy
mu zacieranie granic pomiędzy obiema kategoriami sztuki.
Ecce Homo Adama Chmielowskiego jest
bez wątpienia dziełem sakralnym. Ten obraz powstał z modlitwy i do modlitwy
prowadzi. Niejedną jego kopię znajdziemy w kościelnych ołtarzach. Trudno
natomiast byłoby wyobrazić sobie w nastawie ołtarzowej Chrystusa przez
Piłatem Jacka Malczewskiego. Jest to dzieło religijne, ale z pewnością nie
sakralne.
W żadnej z tych kategorii nie mieści
się płótno Wojciecha Weissa. Ukazuje ono bosego żebraka stojącego pod ścianą
z opuszczoną głową, z zawieszoną na piersiach dużą tekturową tablicą z
napisem Ecce Homo. Zabieg włączenia utrwalonego przez ikonografię i
jednoznacznie kojarzonego z Chrystusem tekstu biblijnego do portretu żebraka
może na początku wydawać się szokujący, bowiem konfrontuje ze sobą, a w
konsekwencji zaciera, tematykę religijną i świecką. Nie jest to jednak
profanacja sacrum, ale raczej sakralizacja profanum, zresztą bardzo
ewangeliczna w swojej wymowie. Czyż obraz Weissa nie jest w gruncie rzeczy
malarską projekcją tej prawdy, którą odkrył Adam Chmielowski?
|
|